.
Moja przygoda z Verendą dobiega końca.
Może wrócę na stare śmieci, ale wątpie. Zbyt duzo ludzi jest w posiadaniu tego adresu, co automatycznie zmniejsza mi pole do pisania.
Nie skasuję tego bloga. Mam do niego sentyment.
A ci, którzy mieli zostać zapoznani z nowym mym adresem zostali już powiadomieni. Gdybym kogoś pominęła to pisać proszę (gg: 4033952 lub w księdze gości).
.
jak wracałam do domu z angielskiego to mnie refleksja nawiedziła... że ludzie dążą do doskonałości zapominając, że obok nich są jeszcze inni. mało kto potrafi w dzisiejszych czasach dać wszystko, nie żądając niczego w zamian. albo podsunąć wszystko co w nas dobre i ciepłe drugiej osobie pod nos i się zawieść, że ona tego nie dostrzega. zacznie doceniać wtedy, gdy ta taca zacznie się oddalać i bedzie na niej coraz mniej nas samych.
ach, dziwne mnie myślenie ogarnia. to przez to, że filozofię miałam dzisiaj:]
zeschizowane. dzisiaj śniło mi się, że byłam zamknięta w takim dużym pomieszczeniu i otaczały mnie takie wielkie kafle a na tych kaflach były motyle. i w pewnym momencie, nie wiem skąd, do pomieszczenia wdarły się promienie słońca. i było tak pięknie. a najpiękniejsze było to, że nie byłam w tym pokoju sama... hmm....
i się pochwalić muszę wszem i wobec. dostałam 5 z biologii z odpowiedzi:] i jestem z siebie dumna. i rozpiera mnie radość.
bolą mnie już policzki od tego uśmiechu zadowolenia;) niby wszystko takie skomplikowane w tym "moim życiu" ale można się doszukać wielu pozytywów nawet;)
i nie wiem czemu, ale zaczynam mieć wrażenie, że jestem happy. bo dostrzegłam swoją duszę i wydaje mi się, że ona jest bardzo szczęśliwa... mam nadzieję, że w końcu się zrozumiałyśmy.
.
jestem zwykłym przeciętnym człowiekiem, którym wiele ludzi się zachwyca, a ja nadal nie wiem dlaczego:/ przecież nie ma we mnie niczego nadzwyczajnego. ja po prostu mówię to, co myślę. i nie udaję. i nie lubię w sobie czegoś dusić. jestem normalną dziewczyną, która po prostu chce malin! a tu już nie ma malin. ani u sąsiadki na krzaku ani w sklepie;( bu
zostaje mi tylko obrazek:)
tak, a teraz proszę państwa wróćmy do nauki biologii. bo pani O. pytać jutro będzie a kwasy nukleinowe to ciężki temat:D buhehehe
.
dziwne myśli krążą w mojej głowie. ostatnio jak szłam na koncert przechodziłam przez most. było trochę chłodno. wciągając do płuc świeże powietrze doleciał do mnie zapach wody. czuć było jej brud. i nagle przed oczami zobaczyłam siebie. moje ciało, które bezwładnie kołysało się przy brzegu. twarzą byłam obrócona w kierunku dna. moje włosy beznamiętnie falowały... zrobiło mi się przerażliwie zimno i jak najszybciej chciałam ten obraz od siebie odsunąć. nie udało mi się to jednak. on powrócił dzisiaj w moim śnie.
mam nadzieję, że on nie był proroczy. bo ja nie chciałabym tak umrzeć.
i czego jeszcze nie chcę? nie chcę nikogo już ranić. bo wiem, że czasem powiem za dużo, wiem, że powiem coś, co myślę, nie bacząc na uczucia innych. i boję się, że przez to starcę tych, na których na prawdę mi zależy...
chciałabym na parę dni przenieść się do innej rzeczywistości. tam, gdzie ludzie są szczęśliwi, tam gdzie panuje bezinteresowna miłość, gdzie ciągle świeci słońce, w powietrzu unosi się zapach jaśminu a piekny, czerwony motyl spoczywa na płatkach róży. oczywiście złośliwi mogliby dodać, że tam byłoby mi dobrze, bo ciągle bym tylko jadła i spała, ale nie na tym polega szczęście, prawda?
mam nadzieję, że dzisiaj nie będą mi się śniły kolejne wizje mojej śmierci, ale przyszłość, która mam nadzieję, będzie coraz lepsza...
.
byłam na koncercie. było cudownie. za każdym razem jak jestem w Hefajstosie czuję się zupełnie inną osobą. tam zapomniam o swoich problemach. a jak widzę tą miłość do muzyki w oczach wokalisty, perkusisty czy też gitarzysty to aż mi się ciepło na serduchu robi:]
i wiem, że zrozumiesz w którym miejscu był błąd. i wiem, że otworzych kiedyś oczy a rzeczywistość będzie inna. będzie lepsza. i dostrzeszesz pukt, w którym było coś nie tak. i zrozumiesz, że wcale nie jest tak źle. i zastanowisz się. i nie popełnisz więcej tego samego błędu.
a ja wybaczę i bedę czekała z otwartymi ramionami. z otwartym sercem. na Ciebie, na nowy dzień, na szczęście...
.
wycieczka nie była zbytnio udana. przynjmniej nie dla mnie.
dojechaliśmy na miejsce, zakwaterowaliśmy się, z koleżankami obacziłyśmy na którym balkonie można by się było dotlenić, zeszliśmy na obiado-kolację, potem jakieś ognisko było (podczas którego przeprowadziłam z pewną osobą dość poważną rozmowę, która niby nie miała konkretnego celu, ale było mi o wiele lżej, że w końcu powiedziałam o tym, co we mnie siedzi względem niej) a następnie dyskoteka.
czyli bieda.
na tej dyskotece niby się wybawiłam, ale nie było mi do śmichu, kiedy "ktoś mądry" puścił piosenkę Urszuli "Aniło wie" przy której to spędziłam kilka ostatnich wieczorów, smarkając w chusteczki i wyzywając siebie od idiotek.
zauważyłam też, że ten mały płomyk, który ktoś zapalił i który ja tak silnie próbuję rozniecić do rozmiarów wielkiego ognia zaczyna gasnąć... wieje wiatr, który go gasi. a ja jednak ciągle mam nadzieję, że on nie zgaśnie tak szybko. że nie będę musiała łzami sama go zagasić...
chociaż. jakby się tej wycieczce tak dobrze przyjżeć to można nawet dostrzec pewne plusy. jednym z nich może być to, że już wiem kto, kiedy najbardziej potrzebuję bliskości drugiej osoby, nigdy nie odmówi mi pomocy. a także to, że nie wszystko złoto, co się świeci. czasem powinniśmy próbować rozumieć innych. do skutku.
jestem padnięta. wchodziliśmy dzisiaj na Kopę Biskupią. boli mnie wszystko. dosłownie wszystko. jako klasowa sierota, która zawsze najszybciej się męczy i przy chodzeniu po górach strasznie marudzi i się wlecze na samym końcu, wzbudziłam wielką sensację tym, że dałam radę wejść na górę. jestem z siebie dumna. to mi pozwoliło wierzyć, że nie warto się nigdy poddawać i należy dążyć do celu wykorzystując całą swoją siłę i samozaparcie.
tak tak. bo zawsze jest tak, że jak w coś wierzymy to łatwiej jest nam to osiągnąć.
[chciałabym podziękować mojej kochanej Kamilce za to, że była ze mną wtedy, kiedy bardzo chciałam, żeby ktoś był i za to, że powiedziała mi masę mądrych rzeczy, z których część wykorzystałam do stworzenia tej oto notki]
.
jutro mam jakąś chorą wycieczkę. integracyjną. ale ja się nie chcę z nimi integrować.
wiesz, daj mi spokój. może się odsunę na zawsze? nie będę wiecznie stała w Jej cieniu. uważam, że takie wyjście byłoby najlepsze. ja nie umiem. nie potrafię. i wtedy zapomnę. nie chcę pamiętać. za każdym razem jak widzę Twój obraz przed oczami to pragnę go zastąpić czymś innym. ale mi się nie udaje.
widziałam dzisiaj małą dziewczynkę. padał deszcz, a ona miała taki śliczny parasol z biedronką. i wtedy zapragnęłam znowu mieć te pięć, sześć lat. tak bardzo bym chciała. żadnych probelmów. żadnych facetów. żadnych nałogów. żadnych zmartwień. i byłoby cudownie.
coraz bardziej pragnę znaleźć metodę, aby się znieczulić na cały świat. żeby nie czuć ani dobrych, ani złych uczuć. bo dobre przemijają a złe powodują potoki łez. a te potoki przemieniają się w potoki krwi. i się koło zamyka.
od pewnego czasu wracam do domu wieczornym autobusem. i obserwuję ludzi. takich szarych, zwykłych, przeciętnych i zabieganych. wracają do domu po ciężkiej pracy do swoich żon, mężów i dzieci. i są szczęśliwi, są smutni. a ja stoję obok. i za każdym razem wybieram sobie jedną osobą w autobusie i snuję domysły na temat jej życia. dzisiaj to była pewna pani z niebieską torbą. była smutna. może straciła pracę? może mąż ją zdradza?